Kto ci kradnie życie? (cz. III) – prof. dr hab. Artur Śliwiński

W warunkach silnego popytu na mieszkania – jaki występuje obecnie w Polsce – budownictwo mieszkaniowe powinno być obszarem dynamicznie rozwijającej się działalności społeczno-gospodarczej, przyczyniającej się do wzrostu gospodarczego. Ludzie młodzi, jeśli inne warunki byłyby także normalne, mogliby żyć normalnie.

Te inne warunki normalności zasługują na pierwsze miejsce. Chodzi o to, że problemy mieszkaniowe nie biorą się z powietrza, lecz są jedynie odpryskiem większego problemu.

Najpierw warto wyraźnie podkreślić, że bez przezwyciężenia „większego problemu” nie ma co liczyć na usunięcie jego odprysków. Tym większym problemem jest kryzys ekonomiczny w skali globalnej i zarazem w skali narodowej. Tego kryzysu nie da się ominąć, a nawet przeczekać. Trzeba go doświadczyć, niestety również na własnej skórze. Ale przede wszystkim należy odrzucić iluzję (systematycznie podgrzewaną przez polityków i media), że kryzys ten jest słaby, chwilowy, albo już go nie ma.

Trzeba to sobie wyjaśnić. Politykom chodzi o wywołanie wrażenia, że trudności, które cię dopadają w ostatnich kilku latach, to nie są trudności ogólne, wywołane przez deformację polityki i gospodarki, lecz są to twoje trudności osobiste, które – tak czy inaczej – źle świadczą o tobie, a nie o politykach i gospodarowaniu środkami publicznymi. Może jesteś niezaradny, może jesteś głupi, a może … nieprzystosowany (sic!). A więc nie powinieneś się z nimi obnosić.

Taka maskarada właśnie odbywa się na Twoich oczach. To, że niemal połowa polskiej młodzieży nie może w Polsce znaleźć pracy, a druga połowa zatrudnia się na umowach śmieciowych, podobno nic nie znaczy. To, że na dążących do własnego mieszkania założona została – z premedytacją i wsparciem czynników państwowych – pułapka zadłużeniowa, czyniąca ludzi młodych „niewolnikami zadłużenia” na całe życie, pewnie też nic nie znaczy. W ostatecznym rachunku, młodzi ludzie też nic nie znaczą.

Rzeczywiście, jak dotąd młodzi Polacy w nie mają żadnego głosu w polityce. Jakie to musi być wygodne dla zgnuśniałych i skorumpowanych rządów! Około 30 % populacji Polaków, to osoby w wieku od 16 do 34 lat, których można szukać ze świecą w gremiach politycznych. A są to ludzie stosunkowo dobrze wykształceni, chociaż jakość kształcenia (nie z ich winy) jest niestety niska. Ci ludzie powinni tworzyć dynamikę i perspektywy gospodarcze, a tymczasem są uwięzieni w kazamatach beznadziejności.

Zważywszy, że reputacja polityków – polityków pożal się Boże – jest wśród młodych ludzi niska, trudno ubolewać nad faktem, że zarówno do rządzących jak i opozycyjnych partii politycznych młodzież się nie garnie. Teraz wybiera się w drogę: od protestu do własnej polityki. I to jest najważniejsze, gdyż na tej drodze – na której nieuchronne są ostre spięcia zarówno z policją i prowokatorami, jak również korzystającymi z okazji awanturnikami – tworzą się będą więzi wzajemnego zaufania. Druga strona już się także spręża, szykując ostre środki represji policyjnej i prawnej.

Ale niebawem w sukurs młodemu pokoleniu przyjdzie najsilniejszy sojusznik: biologia.

***

Po tych ogólnych uwagach wracamy do problemu mieszkaniowego, który silnie destabilizuje życie ponad trzech milionów młodych ludzi. Dlaczego budownictwo mieszkaniowe nie stało się dynamicznie rozwijającym się sektorem gospodarki, czy wręcz „lokomotywą rozwoju”? Skrótowo zaznaczymy niektóre poglądy, z którymi zetknęliśmy się wcześniej. Kilka lat temu dowiedzieliśmy się (z urzędowych źródeł!), że rozwój budownictwa mieszkaniowego jest bez sensu, ponieważ… szykuje się wielka emigracja młodych ludzi. Słyszeliśmy także, że skoro żyjemy w gospodarce rynkowej, podaż i ceny mieszkań – jak każdego innego towaru (sic!) – powinien regulować rynek. Doszły do nas również sugestie, że posiadanie mieszkań jest obecnie niepożądane, gdyż ogranicza mobilność pracowników (lepsze są mieszkania czynszowe). Przytaczamy te poglądy głównie dlatego, aby ukazać wysoki poziom krętactwa i fałszu, który idzie w parze z żenująco niskim poziomem wiedzy ekonomicznej.

Polityki mieszkaniowej praktycznie nie ma, skoro premier Tusk twierdzi, że rząd nie będzie budował mieszkania („Nie obiecywałem i nie mogę obiecywać, że rząd będzie budował mieszkania. Rząd nie jest od tego. Nasz rząd stworzy takie warunki i ramy prawne, dotyczące zagospodarowania przestrzennego, aby Polacy mogli budować…”. Te „warunki i ramy prawne” zostały stworzone, jednak nie po to, by „Polacy mogli budować”.

Stworzone zostały natomiast „warunki i ramy prawne” bonanzy deweloperów i banków, całkowicie blokując dostęp do tanich mieszkań (dostęp do tanich mieszkań zbijałby ceny deweloperów, to oczywiste). Wykonano prosty zabieg: zlikwidowano możliwości uzyskania mieszkania spółdzielczego, w szczególności – lokatorskiego. W okresie 1990 – 2012 kolejne rządy (z niewielkimi okresami zawieszenia broni) prowadziły więc wojnę ze spółdzielczością mieszkaniową. Atakowano spółdzielczość głównie za… niecne działania prezesów i ich komunistyczne pochodzenie. Jednak analogiczne, niecne działania i komunistyczne pochodzenie deweloperów i bankersów nie budziło takich zastrzeżeń. Przeciwnie, witano ich jak prawdziwych pionierów gospodarki rynkowej.

Tak sposób zlikwidowano dostęp to mieszkań dla ludzi niezamożnych (dziwnie się składa, że są to zazwyczaj ludzie młodzi).

Doświadczenie czy obsesja?

Doświadczenie, doświadczenie. Opracowana po odzyskaniu przez Polskę niepodległości (po I. Wojnie Światowej) koncepcja mieszkań lokatorskich była celowo pomyślana jako tworzenie szerokich możliwości dostępu do mieszkań dla ludzi stosunkowo niezamożnych (co wiązało się logicznie z ograniczeniem praw własności). Wówczas po długotrwałych działaniach wojennych na terenach Rzeczypospolitej wystąpił drastyczny spadek zasobów mieszkaniowych – podobna sytuacja jest i dzisiaj. Wskutek zniszczeń i zahamowania inwestycji budowlanych substancja mieszkaniowa uległa poważnemu uszczupleniu, a powojenne migracje ludności dodatkowo problem ten zaostrzyły. Na to nakładały się słabe możliwości państwa w zakresie finansowania socjalnego budownictwa mieszkaniowego, głównie z powodu niezamożności dużej części społeczeństwa oraz niskich prywatnych oszczędności.

Przez kilkanaście lat rząd podejmował próby wyprowadzenia budownictwa mieszkalnego z zapaści, m.in. przyciągnięciem nielicznego bogatego kapitału prywatnego poprzez przyznanie mu ogromnych, różnorodnych i korzystnych ulg. Szybko jednak okazało się, że deweloperzy (nazywani przed wojną przedsiębiorcami kapitałowymi) nie byli w stanie rozwiązać problemu ogromnego braku niewielkich, tanich mieszkań, odpowiadających w zakresie wielkości i wyposażenia oczekiwaniom niezamożnej części społeczeństwa. Dodatkowo ingerencja państwa w wysokości stawek czynszów w ramach ochrony lokatorów – jako próba rozwiązania konfliktów między nimi a kamienicznikami – powodował spadek rentowności budownictwa mieszkaniowego, a tym samym przenoszenie przez deweloperów swoich kapitałów na inne obszary bardziej dochodowego biznesu.

Radykalizacja nastrojów społecznych na tle gospodarczo-mieszkaniowym doprowadziła w latach 30-tych do zmiany założeń rządowej polityki mieszkaniowej, w której przyjęto jako fakt, że budownictwo mieszkaniowe musi być wspierane przez umiejętną politykę rządu, daleko wykraczającą poza oczekiwania, że do rozwiązania problemów mieszkaniowych wystarczą mechanizmy rynkowe. Tym samym rząd podjął się roli inwestora w budownictwie typu społecznego.

Nie warto rozwodzić się nad tym, doświadczenia wielu krajów Zachodu (a ostatnio również Chin) również wskazują, że niski poziom zamożności obywateli nie stanowi obiektywnego ograniczenia budownictwa mieszkaniowego.

Obsesja, tylko obsesja. W dzisiejszej zaś Polsce problem budownictwa mieszkaniowego sprowadzono do indywidualnego problemu obywatela. W tej skrajnej postaci ów „polski liberalizm” – stanowił przyzwolenie dla zdzierstwa fiskalnego (w formie ekspansywnej polityki opodatkowania nieruchomości mieszkaniowych), dla rezygnacji z ochrony praw lokatorskich, a nawet akceptacji bezdomności.

Mamy tutaj do czynienia nie tyle z ekonomią liberalną, ile z obsesją na punkcie rynku. Takie obsesje objawiają się wtedy, kiedy brakuje kwalifikacji, rozumu i wyobraźni. Opierają się one na fałszywym przeświadczeniu, że rozwój gospodarki mieszkaniowej winien sprowadzać się do najszerszego „otwarcia” czy liberalizacji rynku nieruchomości. Odnotowany w ostatnim piętnastoleciu wzrost transakcji mieszkaniowych, zwłaszcza na rynku wtórnym, stanowi pewien czynnik dostosowań strukturalnych zasobów mieszkaniowych do zmieniających się potrzeb ludności, wskazujący m.in. na zwiększenie się mobilności rynku pracy. Należy jednakże stanowczo podkreślić, że rynek nieruchomości mieszkalnych (kupna-sprzedaży oraz najmu mieszkań) obejmuje nikły odsetek ok. 7% istniejących zasobów mieszkaniowych oraz jedynie część nowobudowanych nieruchomości mieszkalnych (niecałe 40%). Nie można więc upatrywać w nim czynnika dynamizującego wzrost zasobów mieszkaniowych. Rynek tutaj niewiele może zdziałać. Ale obsesyjne liczenie na rynek stało się uzasadnieniem do hamowania niekomercyjnych form budownictwa mieszkaniowego. Ku uciesze (a także z inspiracji) zagranicznych i krajowych deweloperów.

Prof. dr hab. Artur Śliwiński

Za; http://www.monitorekonomiczny.pl

 

Dodaj komentarz