Gorąco, gorąco! („chłopcy Donalda Tuska spychają państwo polskie prosto w otchłań niebytu”) – Krzysztof Ligęza

Podobno współczesne kobiety czerwienią się już tylko wtedy, gdy obleją się ukropem. Tymczasem wszelkie znaki na ziemi i niebie wskazują, iż członkowie aktualnego rządu III RP nawet zanurzani we wrzącym oleju nie zakrzykną „parzy, ratunku!”. Nie, oni konsekwentnie iść będą w zaparte. 

Dlatego można śmiało powiedzieć, iż chłopcy Donalda Tuska spychają państwo polskie prosto w otchłań niebytu, opieszałym Polakom kolanami dociskając tchawice.

Bo niby jakie właściwie perspektywy może mieć przed sobą kraj, w którym rozsypuje się infrastruktura gospodarcza, w którym „prawo” i „sprawiedliwość” zaksięgowano w słownikach staropolszczyzny i w którym ludzie umierają, bo system ochrony zdrowia rozlatuje się jak byle szałas pod naporem tornada?

Nie czarujmy się, taki kraj nie ma przed sobą perspektyw pozwalających opisać jego przyszłość w kontekście słowa „sukces”. Wszelako czasami – ach, to takie urocze! – możemy obserwować, że nawet ludzie tuskoidalni potrafią pójść po rozum do głowy i nie wrócić z niczym. I nawet jeśli w tych działaniach nie sposób zaobserwować jakiegokolwiek strategicznego planu czy choćby śladu perspektywy historycznej, to, jak powtarza Stanisław Michalkiewicz, dobra psu i mucha.

 PROSTO Z MOSTU  

Oddając tedy rządowi Donalda Tuska co mu przynależne, trzeba więc odnotować, iż wetując na forum europejskim unijne stanowisko w sprawie zobowiązań do dalszych redukcji emisji CO2, postąpiono nad wyraz racjonalnie, tym razem zgodnie z polskim interesem narodowym i polską racją stanu. Na co najlepszym dowodem był tytuł frankfurckiego dziennika „Süddeutsche Zeitung”, wytykający Polakom niedostatek solidarności, w brzmieniu: „Polska blokuje Unię”. I nieważne, że sama Unia, zwłaszcza w kształcie opisanym dewizą „in varietate concordia” (co tłumaczy się jako „jedność w różnorodności”) należy dziś do prehistorii równie odległej co dinozaury.

Rzecz jasna, nadwiślańskie weto zostanie zignorowane – co prosto z mostu zapowiedziała Connie Hedegaard, pochodząca z Danii europejska „komisarz do spraw działań w sprawie klimatu” (to znaczy osoba w Komisji Europejskiej oddelegowana na nadzwyczaj gorący ideologicznie odcinek), a niemiecko-francuska maszynka do głosowania tak czy owak przepchnie regulacje zarzynające resztki polskiego przemysłu i nakładające na polskie gospodarstwa domowe dodatkowe – niebagatelne – obciążenia.

Nie ma na to rady, skoro proces stanowienia europejskiego prawa determinuje rachunek ekonomiczny Berlina i Paryża. Dzieje się tak nawet oficjalnie, przynajmniej od czasu, gdy szef komisji budżetowej Parlamentu Europejskiego Alain Lamassoure orzekł, iż w Unii Europejskiej „Niemcy mają prawo określać zasady współpracy, bo są lepiej zarządzanym krajem niż inne”. Ergo, Niemcy powinny być wzorem dla Europy – o czym przekonuje kogo tylko może także kanclerz Angela Merkel, nie ukrywając celów polityki gospodarczej Berlina.

„Naszym zadaniem jest doprowadzić do tego, by Europa kierowała się na silnych” – utrzymuje pani kanclerz, a jej słowa ludzie przytomni rozumieją bez tłumaczenia.

 JUŻ PO SCHENGEN? 

Tym sposobem standardy obowiązujące nad Szprewą i Hawelą krok po kroku narzucane są słabszym gospodarczo krajom regionu. Za czym natychmiast zdąża podporządkowanie polityczne. W tym miejscu powtórzę więc, bo tego rodzaju oczywiste oczywistości powtarzać warto bezustannie: co prawda pieniądz nie ma narodowości, niemniej ludzie zarządzający pieniędzmi mają narodowe interesy. Zatem ktoś, kto w świetle ostatnich wydarzeń nie widzi, jak Berlin, zdominowawszy Europę gospodarczo, teraz przejmuje nad nią kontrolę polityczną – ten jest ślepcem. Kto nie rozumie konsekwencji tego procesu – ten jest głupcem. A kto wszystko to widzi, rozumie konsekwencje i przeciwko tym działaniom nie protestuje, ten wkrótce zaskwierczy na rożnie jak głupie cielę.

Notabene, w tym zakresie Niemcy w niczym nie różnią się od Francuzów. Ci drudzy również potrafią zatroszczyć się o własne interesy. Niedawno prezydent Sarkozy zapowiedział, iż niezgoda Unii na wprowadzenie wspólnej polityki imigracyjnej wedle „uproszczonego systemu podejmowania decyzji” (czytaj: zgodnej z francuską racją stanu), skutkować będzie zawieszeniem przynależności Francji do strefy Schengen.

Innymi słowy, albo kraje UE zgodzą się na reformę strefy wypichconą w Paryżu, albo Francja strefę Schengen opuści, tym samym ją unicestwiając.

***

 Tymczasem prasa nadwiślańska donosi, iż znajdujący się w stanach zagrożenia życia pacjenci warszawskich szpitali nawet po trzy doby koczują na korytarzach w oczekiwaniu na wolne łóżko na oddziałach. Koczują na kozetkach, bez pościeli i jedzenia (o co muszą zadbać ich rodziny). Zaiste termin „szpitalny oddział ratunkowy” przybiera u nas dramatycznie groteskowe znaczenie.

Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl

Za; http://goniec.net

Dodaj komentarz