Grecka rapsodia – prof. Witold Modzelewski

 

Prof. Witold Modzelewski prezes Instytutu Studiów Podatkowych

         

Cóż znaczy mentorski ton pary najważniejszych polityków starej Europy pod adresem rządu w Atenach, a tak właściwie to wszystkich Greków?

Nie można tego brać zbyt dosłownie: przecież – odwołując się do znawców politycznych obyczajów – wszystkiego, co jest w polityce naprawdę ważne, nikt nie mówi aż tak głośno.

Faktem jest na razie masowy sprzeciw Greków przeciwko drastycznym oszustwom, które dla każdego kraju byłyby nie do przyjęcia, choć parlament formalnie zgodził się na te warunki. Nie wiem, czy dobrze rozumiem akurat to, co się wokół nas dzieje, bo nie raz w bliższej i dalszej przeszłości daliśmy się skutecznie ogłupić.

Przykłady? Weźmy pierwszy z brzegu: dopiero po stu latach coś rzetelnie wiemy o najważniejszych „historycznych” wydarzeniach początku zeszłego wieku, o tym, że za marsowymi portretami ówczesnych władców kryła się głupota lub byli to zwykli figuranci, a faktyczne rządy sprawowali awanturnicy, którzy doprowadzili ówczesny świat do samozagłady.

Musimy i dziś, obserwując grecką politykę Unii Europejskiej, pamiętać o efekcie mistyfikacji, czyli ryzyku popełnienia podstawowych błędów w ocenach, nawet co do faktów, a już na pewno w diagnozowaniu rzeczywistości, gdyż postrzegamy głównie wykreowane zjawiska medialne i im często bezpodstawnie przypisujemy szczególne znaczenie.

Bo czy warto narzucać aż tak restrykcyjne warunki finansowe państwu, które jednocześnie jest członkiem zintegrowanej ekonomicznie wspólnoty i posługuje się w dodatku tą samą walutą?

Czy w tym kraju naprawdę z finansami publicznymi jest aż tak źle, skoro posługując się tymi samymi kryteriami oceny w innych krajach tej samej wspólnoty, jest jeszcze gorzej?

Czy na pewno nie mamy do czynienia z jedną z kolejnych mistyfikacji? Przecież w nieodległej przeszłości media „wolnego świata” zgodnie powtarzały brednie na temat produkcji broni masowego rażenia przez pewien bardzo bogaty w zasoby ropy naftowej kraj bliskowschodni, co stanowiło preludium wojny, która – nazywajmy rzeczy po imieniu – była klęską liderów koalicji „w imię wolności” (również naszą, bo w niej bez sensu uczestniczyliśmy) i – co szczególnie istotne – jedną z ważnych przyczyn kryzysu finansów publicznych głównych koalicjantów?

Zarówno nas, jak i wszystkich pozostałych uczestników tej awantury nie było już stać na wojny – przy jednoczesnym utrzymaniu i tak już wysokiego poziomu konsumpcji.

W przeszłości wojny zawsze wiązały się z latami biedy, która przychodziła nie tylko do domu pokonanych, lecz również zwycięzców. Odwrócenie tej prawidłowości jest zawsze kosztowne, i to nadmiernie.

Austria też bankrutowała

A wracając do wątku jeszcze bardziej współczesnego: czy na pewno możemy wierzyć w zapewnienia polityków nie tylko na temat intencji oraz celów „polityki greckiej”, ale przede wszystkim o ekonomicznych czy finansowych przyczynach obecnego stanu rzeczy, który oczywiście jest stanem chorobowym? Tylko kogo?

Jakoś dziwnie na plan dalszy przesuwa się ważniejsze przyczyny istniejącego stanu rzeczy, które dziś zbiorczo nazywamy „kryzysem finansowym”, akcentując głównie problemy cokolwiek drugorzędne.

Cóż znaczy powszechnie powtarzana groźba „bankructwa” tego państwa, skoro obiektywnie czegoś takiego nie ma?

Znów pozwolę sobie przypomnieć, że finanse publiczne wielkich mocarstw, notabene w czasach walut kruszcowych, wielokrotnie „bankrutowały” (przykład Austrii w czasie wojen napoleońskich), co nie przeszkadzało przegrać większości bitew i kampanii i jednocześnie cudzymi rękami wygrać wojnę po to, aby trwać jako mocarstwo (w ówczesnym znaczeniu) przez następne sto lat.

Jeżeli państwo nie ma dostatecznych środków na sfinansowanie swoich wydatków (a nie umie po cichu zwiększyć emisji pieniądza), a te wydatki z grubsza składają się (po pierwsze) z tego, co trzeba wypłacić na potrzeby samej władzy publicznej (płace urzędników, sędziów, policjantów, utrzymanie infrastruktury publicznej, dopłaty do systemów emerytalnych itp.) oraz (po drugie) na spłatę zadłużenia, to w pierwszej kolejności zawiesza lub redukuje te ostatnie.

Nie jest to zbyt skomplikowana operacja: głównych wierzycieli, którzy zresztą o tym sami dobrze wiedzą, po cichu, lecz oficjalnie, informuje się, że na razie to nie dostaną nic, czyli że muszą zapomnieć o swoich wierzytelnościach w obecnej wysokości.

Mogą dostać w przyszłości jakąś ich część, ale pod warunkiem, że będą z nami współpracować. Inaczej zobaczysz figę z makiem. Wierzyciele, czy chcą, czy nie chcą, muszą się na to zgodzić, a potem zaczyna się rytuał tzw. procesu „trudnych” negocjacji na temat tzw. restrukturyzacji zadłużenia, kończący się w rzeczywistości istotną redukcją długów.

Do obowiązków w tym rytuale należy wprowadzenie przez dłużników tzw. programów oszczędnościowych, bo to podobno uwiarygodnia ich pozycję, choć są to działania raczej fasadowe.

Dlatego nikt tak nie postępuje w przypadku Grecji, lecz każe im drastycznie zmniejszyć wydatki wewnętrzne, a zwłaszcza spektakularnie obniżyć emerytury i płace urzędników i wyrzucić na bruk 150 tys. pracowników, co wywoła powszechne protesty paraliżujące od zewnątrz i od wewnątrz funkcjonowanie tego państwa?

Oczywiście postawiony do kąta rząd tego państwa pewnie z oporami przyjął wszystkie (lub prawie wszystkie) elementy programu regulacji wydatków, ale przecież nie ma takiej władzy, która pozwoli mu go zrealizować.

Bunt młodych

Tu refleksja na marginesie: współczesna władza publiczna większości państw Europy, w tym również naszego kraju, jest w każdym tego słowa znaczeniu zbyt słaba jak na trudne czasy.

Nie idzie mi oczywiście o przysłowiowe czołgi, których nie wyprowadzi na ulice, lecz o siłę wiedzy, autorytetu oraz najzwyklejszy posłuch w społeczeństwie.

Naszą scenę polityczną prawdopodobnie zmiecie – jak to często bywało w przeszłości – pokojowy bunt młodego pokolenia przeciw nonsensom jakiejś w sumie drugorzędnej umowy międzynarodowej, którą – jak wiele innych traktatów – podpisali, nie czytając, nasi politycy.

Aby przeprowadzić znacznie trudniejsze operacje, zwłaszcza polegające na redukcji wydatków, trzeba mieć realną władzę, a śmiem twierdzić, że nie ma jej żaden obecny rząd europejski.

Również grecki. I tu chyba dochodzimy do sedna sprawy: przecież wiemy, że mimo wszystko łatwiej podwyższyć obciążenia fiskalne, niż po prostu pozbawić lub znacznie zredukować źródła utrzymania dla nawet niewielkiej grupy ludzi. To wie każdy, niekoniecznie z lektury starych, napisanych przed epoką liberalno-monetarną, podręczników finansów publicznych.

Czy politycy narzucający Grecji tego rodzaju programy są aż tak niedouczeni? Oczywiście tego nie można zupełnie wykluczyć, ale sądzę, że mówimy o środkach, a nie o celach tych działań. Aby je odgadnąć, najczęściej ubieramy się w togę marksistów, którzy wyjaśniają świat jako grę dość prosto pojętych interesów finansowych – idzie tu tylko o pieniądze dłużnika, które on dzięki tym programom wpłaci na rachunek wierzycieli.

Być może, ale pozwolę sobie nie zgodzić się z tą diagnozą. To chyba nie jest najważniejsze.

Idzie o coś znacznie ważniejszego.

Podobnie jak przed dwudziestu laty w Polsce chce się tę formułę powtórzyć: z jednej strony wielką wyprzedaż, tym razem Grecji, gdzie – podobnie jak u nas – wszystko będzie można kupić za psie pieniądze, a z drugiej strony – doprowadzić do osłabienia lub wręcz marginalizacji miejscowych elit, zdobywając jednocześnie nowe rynki zbytu.

Już ich nikt nie odda, choć przecież zwycięzcy z kretesem przegrali historyczną bitwę z państwami azjatyckimi o przemysłowe skutki globalizacji.

Europa nie jest już centrum przemysłowym świata i już raczej nie będzie. Dziś, będąc mądrym po szkodzie, chciałoby się rzec, że polityczny i ekonomiczny sukces w Europie Środkowej i Wschodniej odciągnął przed laty uwagę od czegoś znacznie trudniejszego w postaci ochrony, a przynajmniej zachowania części własnych zdolności wytwórczych, które wymknęły się z rąk na korzyść gospodarek wschodzących.
Tego już nie odwrócimy, zresztą to nie nasze zmartwienie.

Widać więc, że ów grecki plan nie grzeszy racjonalnością, bo korzyści ekonomiczne wierzycieli nie są aż tak ważne.

Może więc nie po raz pierwszy jesteśmy świadkami bezrozumnych działań, których sens poznają dopiero nasze wnuki?

My chyba powinniśmy trzymać się z daleka od tych działań, bo w sumie bliżej nam do grona dłużników niż wierzycieli.

——————————————————————————————————

Za; http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=ii&dat=20120215&id=main – Środa, 15 lutego 2012, Nr 38 (4273)

 

 

 

Dodaj komentarz