„Idą pancry na Wujek”

Publikacja, wydana z okazji 25. rocznicy wprowadzenia stanu wojennego przez Oficynę Wydawniczą Volumen, Stowarzyszenie „Pokolenie” oraz Instytut Pamięci Narodowej w Katowicach, przedstawia głównie krwawą pacyfikację strajku w katowickiej kopalni „Wujek” w dniu 16 grudnia 1981 r. Ukazana została również w szerszym kontekście droga do stanu wojennego przez Sierpień 1980 i „karnawał wolności”; przedstawiono przygotowania władz komunistycznych do grudniowej konfrontacji oraz pacyfikację akcji strajkowych w stanie wojennym w innych zakładach województwa katowickiego. Na koniec wreszcie ukazano, jak władza bała się pamięci o ofiarach „Wujka” – pogrzeby zabitych zabezpieczała Służba Bezpieczeństwa, władze przeszkadzały w oddawaniu hołdu ofiarom pod krzyżem. Na uwagę zasługuje zaprezentowany w albumie materiał ilustracyjny. Poza znanymi już zdjęciami w publikacji znalazły się materiały ze zbiorów IPN (zdjęcia poglądowe i operacyjne, plany) oraz osób prywatnych.

Poniżej przedstawiamy fragment albumu, poświęcony pacyfikacji strajku w katowickiej kopalni „Wujek”

Pacyfikacja kopalni „Wujek” (Andrzej Sznajder – IPN Katowice)

13 grudnia
Noc z 12 na 13 grudnia 1981 r. była dla nas krótka – wspomina ks. Henryk Bolczyk w swojej książce pt. „Krzyż nigdy nie umiera”. Podobnie i w najdrobniejszych szczegółach pamiętają tę noc działacze „Solidarności” z KWK „Wujek” i późniejsi uczestnicy strajku.
Około pierwszej po północy mieszkańcy osiedla przy ulicy Mikołowskiej i Wincentego Pola zostali obudzeni hałasem, jaki powstał wokół jednego z bloków. Z otoczonego przez milicjantów i milicyjne samochody domu wyprowadzono – a właściwie wywleczono – Jana Ludwiczaka, przewodniczącego kopalnianej Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność”.
Adam Skwira był jednym z pierwszych, który poszedł do mieszkania swego kolegi. Zastał tam wyrąbane drzwi, przerażoną żonę i dzieci, ślady krwi… To efekt pobicia górników, którzy zaalarmowani przez przewodniczącego wewnątrzkopalnianą linią telefoniczną, przybiegli mu na pomoc. Nikt wtedy nie mógł przypuszczać, że oto zaczęła się operacja wprowadzenia stanu wojennego. Nawet wojewoda i I sekretarz KW PZPR w Katowicach zostali powiadomieni o akcji dopiero o 4. nad ranem. Nikt nie mógł też skojarzyć, że Jan Ludwiczak został zaliczony do grona 648 „ekstremalnych przywódców i aktywistów” związku i innych „wrogich ustrojowi” organizacji z województwa katowickiego przewidzianych do internowania w ramach akcji o kryptonimie „Jodła”.
Już o godzinie 3. nad ranem wiadomość o pobiciu i zatrzymaniu przewodniczącego dotarła na kopalnię, wywołując poruszenie wśród górników pracujących na nocnej zmianie. Narastające emocje górników zgromadzonych w łaźni łańcuszkowej zdołał opanować dopiero ks. Henryk Bolczyk. Trzej przedstawiciele załogi udali się do niego między 4 a 5 rano prosząc o przybycie na kopalnię i odprawienie mszy św. Tymczasem krótko po godzinie 6. przez radiowęzeł zakładowy nadano przemówienie gen. Jaruzelskiego o wprowadzeniu stanu wojennego. Dyrekcja zaś poinformowała, że zakład został zmilitaryzowany, a działalność związków zawodowych zawieszona. Około godziny 7. ks. Bolczyk przybył na kopalnię, do łaźni, gdzie przygotowano stół i dębowy krzyż misyjny. Ten sam, który od czternastu miesięcy towarzyszył wszystkim górniczym uroczystościom religijnym na „Wujku” – pamiętnej mszy św. odprawionej 2 listopada 1980 r. na schodach Domu Kultury za wszystkich zmarłych górników, rekolekcjom ewangelizacyjnym, uroczystości poświęcenia sztandaru. Gniew wywołany w narodzie łatwo odbiera rozum, wzbudza emocje, zaciska pięści – zapisał w swoich wspomnieniach kapelan górników. W czasie mszy św. przypominał górnikom o potrzebie czystych intencji w działaniu i o wierności prawdzie. Krótko po zakończonej mszy górnicy postanowili zawiesić protest, aby ostateczną decyzję podjąć w obecności większości załogi, czyli w poniedziałek rano.

14 grudnia
Dzień po szoku nie przyniósł zasadniczej zmiany nastrojów wśród załogi. Na porannej masówce, z udziałem górników nocnej i rannej zmiany zapadła decyzja, żeby zakomunikować dyrekcji, że załoga nie podejmie pracy do chwili, kiedy na kopalnię nie przybędzie Jan Ludwiczak. Dyrektor Maciej Zaremba, naczelny inżynier Piotr Kościelny oraz główny inżynier Kiedrowski przyszli do górników zebranych w łaźni łańcuszkowej i próbowali nakłonić ich do podjęcia pracy ze względu na konsekwencje złamania prawa stanu wojennego. Wobec stanowczego oporu dyrektor zaproponował wybranie delegacji i spotkanie z komisarzem wojskowym. Ludzie w ogóle nie przyjęli wyjaśnień dyrektora do wiadomości. Byli absolutnie przeświadczeni, że działalność związku była legalna.[…] Ludzie nie potrafili absolutnie zrozumieć, że ktokolwiek mógł w sposób nieuczciwy wprowadzać takie rzeczy, jakie postanowiła Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego – wspominał Adam Skwira. Na górnicze nastroje – nie tylko na kopalni „Wujek” – wpłynęła również informacja o zmilitaryzowaniu kopalń. Na ogół interpretowano to jako zamach na wywalczone w porozumieniach jastrzębskich wolne soboty i niedziele. Nie brakowało też pogłosek, że teraz trzeba będzie pracować przez siedem dni w tygodniu i do tego jeszcze po 12 godzin.
Na spotkanie z komisarzem wojskowym Katowickiego Zjednoczenia Przemysłu Węglowego wybrani zostali Adam Skwira, Stanisław Płatek i na ochotnika – nieznany nikomu wcześniej Jerzy Wartak. Przedstawiwszy żądanie uwolnienia Ludwiczaka usłyszeli od komisarza, że powinni przekonać załogę do podjęcia pracy, a on postara się spowodować przywiezienie przewodniczącego, ewentualnie ustalić miejsce jego pobytu. Po powrocie do załogi zdali relację z rozmów i – jak relacjonuje Stanisław Płatek – zostali nazwani zdrajcami, którzy ulegli władzy i namawiają do powrotu do pracy. Pomogło dopiero wyjaśnienie, że takie jest tylko stanowisko komisarza, a ostateczna decyzja należy do załogi. W tej sytuacji zapadła jednogłośnie postanowiono kontynuować protest, do którego o godzinie 14. dołączyła druga, a następnie trzecia zmiana. Do wieczora powstała też rozszerzona lista postulatów. Oprócz uwolnienia Ludwiczaka zażądano odwołania stanu wojennego, uwolnienia wszystkich internowanych i przestrzegania porozumień jastrzębskich.
Poniedziałek był dniem organizowania się załogi do strajku okupacyjnego, chociaż tak go nie nazywano aż do chwili, gdy przyłączyli się do niego pracujący na wszystkich zmianach. Pomimo istniejących wcześniej instrukcji władz krajowych „Solidarności” na wypadek wprowadzenia stanu wyjątkowego okazało się, że Komisja Zakładowa kopalni „Wujek” nie była przygotowana na taką sytuację. Dość powszechna była również opinia, że w godzinie próby zawiedli członkowie Komisji, a w szczególności zastępcy przewodniczącego Jana Ludwiczaka: Strzelecki, Haśnik.
Organizacyjnie sytuację wśród strajkującej załogi udało się opanować dopiero we wtorek nad ranem. Przede wszystkim należało zaspokoić potrzeby aprowizacyjne kilkutysięcznej załogi, które pojawiły się już w poniedziałek. Problem rozwiązał się poniekąd sam: mieszkańcy z pobliskiego osiedla spontanicznie zaczęli znosić chleb, wędliny i zupy, a kobieca część załogi przyjęła na siebie obowiązki związane z przygotowywaniem kanapek i rozdzielaniem pomiędzy strajkujących górników. Tego też dnia, zupełnie samorzutnie, zostały zabarykadowane bramy kopalni. Bez czyjegokolwiek polecenia i bez planu, chociaż po strajku prokurator wojskowy dociekał, pod czyim fachowym kierownictwem tego dokonano. Wieczorem około godziny 18. na kopalnię po raz drugi przybył ks. Henryk Bolczyk, by na prośbę górników odprawić mszę św. Chyba coraz trudniej było o modlitewne skupienie. Chwile uspokojenia mieszały się ze strachem. Ks. Bolczyk zapamiętał w szczególności, jak pod koniec mszy głos zabrał jeden z górników, by podziękować za jej odprawienie w tych nietypowych okolicznościach, aż tu nagle rozległo się paniczne wołanie: chłopy, jadą! Konfrontacja pokoju i niepokoju była manifestacyjna. Alarm okazał się fałszywy.
W nocy z poniedziałku na wtorek we wszystkich oddziałach kopalni przeprowadzono wybór przedstawicieli, którzy następnie tworzyli komitet strajkowy. Dla zapewnienia bezpieczeństwa teren kopalni przez całą noc był patrolowany przez górników. Załoga zdecydowała jednocześnie, że uczestniczący w strajku nie będą opuszczać terenu zakładu. Dopuszczano jedynie wyjście w przypadkach losowych. Na opuszczanie kopalni pozwolono ponadto ratownikom górniczym pracującym cały czas przy akcji gaszenia pożaru na poziomie 613. Nie brakowało oczywiście przypadków pojedynczych ucieczek ze strajku.

15 grudnia
Wydarzeniem następnego dnia były przede wszystkim informacje o brutalnym pacyfikowaniu przez ZOMO strajkujących w regionie zakładów pracy. W szczególności kopalni „Staszic” w Katowicach i kopalni „Manifest Lipcowy” w Jastrzębiu. Po południu na „Wujek” dotarli łącznicy z Jastrzębia. Od tej chwili niemal powszechne było przekonanie, że na „Wujek” ZOMO też przyjdzie. Górnicy nie oczekiwali tej wizyty bezczynnie. Podobnie, jak w innych kwestiach związanych z organizowaniem się strajku, tak i tym razem nie czekali na rozkazy ani polecenia. Noc z wtorku na środę grupa około stu osób spędziła w warsztacie mechanicznym – tzw. kuźni – na szykowaniu sobie i kolegom różnego rodzaju uzbrojenia. Broń, jaką wytwarzano z kawałków płaskownika, prętów, kabli i innych materiałów konstruowano przyjmując jako zasadę, że muszą być dłuższe od milicyjnej pały. O sprawie dowiedział się Stanisław Płatek. Jeszcze tej samej nocy Komitet Strajkowy postanowił ukrócić proceder i wyłączyć prąd w kuźni.
Wojna nerwów trwała i nie była dziełem przypadku. „Oddziaływania psychologiczno-propagandowe” wobec strajkujących załóg były stałym elementem taktycznym sił porządkowych. Niespecjalnie chyba wierzono w ich skuteczność. Raczej miało to być uzasadnienie – post factum – dla późniejszego użycia siły. I tak około godz. 15.00 górnicy byli świadkami jednej z pierwszych demonstracji siły: od ronda Mikołowskiego, ulicą W. Pola przejechała hałaśliwa kolumna wozów pancernych. W późniejszych godzinach tą samą drogą parokrotnie jeszcze przejeżdżały „osinobusy” wiozące oddziały ormowców.
Wieczorem po raz trzeci górnicy udali się do pobliskiego kościółka św. Michała Archanioła, by prosić ks. Henryka Bolczyka o przyjście na kopalnię. Nie było już warunków, by godnie odprawić mszę św. Odmawiano różaniec. Nie dokończyliśmy różańca. Zabrakło jednego „Zdrowaś”, pięćdziesiątego. Podobnie jak wczoraj, po Mszy św. w momencie przemówienia osoby świeckiej, tak dzisiaj, po czterdziestym dziewiątym „Zdrowaś” rozległ się głośny krzyk: Chłopy, jadą! I tym razem alarm okazał się fałszywy. Zaraz potem do ks. Bolczyka podszedł jeden z górników i poprosił o absolucję generalną. Ten moment stał się później przyczyną poważnych problemów śląskiego kapłana. W doniesieniach SB informowano, że ks. Bolczyk odebrał od górników przysięgę, że będą walczyć do ostatniej kropli krwi. Sprawę tę podniósł nawet wojewoda gen. Paszkowski w rozmowie z biskupem Bednorzem. Określił działanie księdza, jako przykład wyjątkowo nieodpowiedzialnej postawy. Wytłumaczono jednak wojewodzie prawdziwe znaczenie obrzędu.
Kilka lat później ks. Henryk Bolczyk dowiedział się również o rozmowie płka Baranowskiego z przedstawicielami biskupa katowickiego. Chwalił się, że to nie modlitwa Bolczyka powstrzymała tego wieczoru oddziały przed wkroczeniem na teren kopalni, ale jego – Baranowskiego – decyzja. Zasługi w tym względzie przypisywał sobie również Komendant Wojewódzki MO płk Jerzy Gruba. Tłumaczył po latach, że po akcji na kopalni „Wieczorek” ZOMO miało „przy okazji” odblokować „Wujka”. Gdy jednak zameldowano mu, że strajkujący uczestniczą w nabożeństwie, wydał kategoryczny zakaz prowadzenia jakichkolwiek działań. „Awantura z Kościołem była nam w tym układzie rzeczą najmniej potrzebną” – podkreślił. Bardziej prawdopodobne wydaje się jednak inne uzasadnienie: by odwlec jak najdalej w czasie operację w środku miasta. Wszystkie dotychczasowe akcje przeciwko strajkującym załogom odbywały się w zakładach leżących poza centrami miast.
Według ustaleń Sądu w pierwszym procesie, decyzja o pacyfikacji „Wujka”, jak i „Andaluzji” i „Juliana” zapadła na naradzie WKO, która odbyła się 15 grudnia o godz. 19. w Urzędzie Wojewódzkim. Posiedzenie Sztabu w sprawie tzw. odblokowania kopalni „Wujek” i dwóch pozostałych płk Jerzy Gruba zwołał o godz. 22.00 w Komendzie Wojewódzkiej MO w Katowicach. Brało w niej udział ścisłe kierownictwo Komendy Wojewódzkiej, Komendant ORMO oraz komendanci miejscy MO z Katowic i Piekar. Sytuację na kopalni „Wujek” referował zastępca naczelnika Wydziału IIIA – kpt. Wierzbicki. Podał, że przebywa tam około 2000 strajkujących, którzy dysponują wężami z gorącą wodą. Poinformował również, że na terenie zakładu został umieszczony agent SB. Z kolei płk Baranowski przekazał informację, że brama kopalni oraz przejścia mogą być zaminowane. Szczegółowe plany pacyfikacji były już gotowe. Wtedy właśnie płk Gruba omówił podział sił i środków oraz ustalił kolejność działań. O godzinie 23. w tym samym miejscu odbyła się narada z przedstawicielami wojska., które reprezentował płk J. Bielecki oraz Dowódca 25 Pułku Zmechanizowanego w Opolu mjr Z. Pytko ze swoim zastępcą mjr. K. Kostoszem i oficerem kontrwywiadu kpt. R. Kręgielem. Ze strony milicji w naradzie udział brali płk Wilczyński i jego zastępca E. Wałach, kpt. Z. Fedunkow z Wojewódzkiego Stanowiska Kierowania KW MO i Komendant Miejski MO w Katowicach płk. M. Ziubrzycki. W zgodnej ocenie oficerów wojska narada nie była przygotowana ani organizacyjnie ani merytorycznie. Nie dysponowano nawet mapą sytuacyjną, a prowadzący ją płk Okrutny wychodził co jakiś czas, by konsultować kolejne decyzje.
Plan działań taktycznych, poprzedzających atak na kopalnię przewidywał najpierw skoncentrowanie pododdziałów zwartych MO, wojska i ORMO na pozycjach wyjściowych na wysokości bramy głównej i bramy kolejowej. Kolejnym działaniem było uruchomienie posterunków drogówki w celu zamknięcia ruchu samochodowego w rejonie kopalni i kierowanie na drogi objazdowe, czyli faktyczne odcięcie od reszty miasta. Równocześnie, przy użyciu gigantofonu zaplanowano „działania propagandowe”, mające na celu dobrowolne zakończenie strajku i opuszczenie kopalni. Na około 10 minut przed atakiem miało nastąpić wyłączenie energii elektrycznej. Na hasło „Mur” siły wojskowo-milicyjne miały przystąpić do forsowania muru i barykad. Przed atakującymi oddziałami postawiono następujące zadania:
– szybkie wejście na teren kopalni,
– niedopuszczenie do uruchomienia szybów wydobywczych „Lechia” i „Krakus”,
– uderzenie siłami na miejsce zgrupowania osób protestujących,
– zatrzymanie ekstremalnych członków „Solidarności” kierujących strajkiem.
Godzinę rozpoczęcia operacji wyznaczono na 8.00, a do jej wykonania zaplanowano użycie sił milicyjnych w liczbie 1471 funkcjonariuszy oraz wojskowych w liczbie 760 żołnierzy.
– 678 funkcjonariuszy ZOMO
– 120 funkcjonariuszy KW MO
– 283 funkcjonariuszy ROMO
– 300 funkcjonariuszy ORMO
– 760 żołnierzy, czyli 6 kompanii piechoty i 6 plutonów czołgów, dysponujących 22 czołgami i 44 bojowymi wozami piechoty.
Zadania wojska – jak to określono w trakcie nocnej narady – polegać miały na demonstracji siły, dokonaniu wyłomów w murze ciężkim sprzętem, wykonaniu uderzenia pozornego w rejonie bramy głównej i wsparcie sił milicyjnych wewnątrz kopalni sprzętem ciężkim w celu

wykonania wyłomu w barykadach. Ustalono, że żołnierze nie będą wchodzić na teren kopalni, a osłonę czołgów zapewnią oddziały milicyjne.

„Konsekwencją wcześniej wyrażonego przez płka Grubę stanowiska o konieczności „rozpracowania oddzielnie” każdej operacji są 2 plany sporządzone przez ppłka K. Kudybkę „działań sił MO i SB w rejonie KWK „Wujek””. Pomiędzy oboma planami istnieją zarówno elementy wspólne jak i różnicujące. Do elementów wspólnych obu planom zaliczyć należy tożsamy wariant koncepcyjny, według którego główne uderzenie miało nastąpić w dolnej części ul. W. Pola na ogrodzenie kopalni. Po przełamaniu ogrodzenia na wysokości łaźni łańcuszkowej i szybów „Krakus” i „Lechia”. W obu planach jako uzupełniające natarcie przewidziano uderzenie przez wyłom uczyniony w ogrodzeniu kopalni w pobliżu bramy tzw. kolejowej tj. od ul. Ligockiej i celami tych uderzeń miały być łaźnia łańcuszkowa i łaźnia dozoru. Również identycznie w obu planach zostały rozwiązane usytuowania sił zaliczonych do grup odwodowych w górnym odcinku ogrodzenia kopalni oraz od strony ul. Kochłowickiej i stacji PKP Brynów.
Istnieje natomiast istotny element różnicujące oba plany – dot. on użycia sił na wysokości ul. Gallusa w miejscu tzw. bramy nr 1. Otóż w wersji nie opatrzonej dopiskiem „duplikat” użycie sił na tym odcinku nie jest przewidziane. Natomiast wg wersji tym dopiskiem opatrzonej przewidziany jest zarówno wyłom w tym miejscu, jak również, w formie uderzenia oskrzydlającego, przełamanie w murze powyżej tego miejsca z natarciem w kierunku kotłowni. Natomiast na kierunku natarcia bezpośrednio na kotłownię autor przewidział użycie broni i wskazany jest kierunek strzału. Ten materiał w decydującym stopniu przesądza o zamiarze kierownictwa Sztabu KW MO w Katowicach”.

Materiały Nadzwyczajnej Komisji Sejmowej ds. zbadania

działalności MSW dot. zabójstw górników w kopalni „Wujek”

 

16 grudnia
Noc z wtorku na środę Stanisław Płatek zapamiętał jako dość spokojną, ale już rano było widać, że siły milicyjno-wojskowe przystąpują do działań. O godzinie 7. ppłk Marian Okrutny i płk Kazimierz Wilczyński w siedzibie ZOMO przeprowadzili odprawę z dowódcami pododdziałów: mjr. Buniowskim, któremu powierzono dowodzenie grupą atakującą od strony ul. Gallusa oraz kpt. Romanem Budzyńskim, dowodzącym grupą atakującą od strony bramy kolejowej. Kilka minut po godzinie 8. rozpoczęto operację otaczania kopalni siłami milicyjnymi, do których z półtoragodzinnym opóźnieniem dołączyło wojsko.
Około godziny 9. na teren kopalni przybył dyrektor Maciej Zaremba, zastępca szefa Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego płk Piotr Gębka wraz z płk. Czesławem Piekarskim i wiceprezydentem miasta Katowic, Jerzym Cyranem. Przedstawicielom komitetu strajkowego oświadczyli, że chcą się spotkać z załogą. Górnicy zebrali się przed łaźniami, między szatnią szafkową a łańcuszkową. Jeden z oficerów zaczął przemawiać, przekonując, że strajk nie ma sensu, bo to ostatnia kopalnia, która strajkuje. Odpowiedzią górników był …śpiew. Zupełnie spontanicznie odśpiewano hymn państwowy, a goście zostali zmuszeni do przyjęcia postawy zasadniczej i salutowania. Kiedy głos zabrał płk Gębka, przedstawiając się jako syn górnika, który pochodzi z tego osiedla, załoga ponownie odpowiedziała śpiewem „Boże, coś Polskę”, a potem jeszcze raz hymnem. Próba rozmowy spełzła zatem na niczym. „Delegację oficerów potraktowano w sposób ubliżający” – napisano kilka dni później o tym zdarzeniu w informacji KW MO w Katowicach przeznaczonej do użytku wewnętrznego. W jednej ze swoich licznych relacji na ten temat Stanisław Płatek wspomina, że do rozmowy jednak doszło. Odchodząc wśród ogólnego tumultu przedstawiciele władz zakomunikowali, że dają załodze godzinę czasu na przerwanie strajku i opuszczenie kopalni. Górnicy mieli na to odpowiedzieć, że jeżeli do akcji przystąpi wojsko, to oni nie będą agresywni i opuszczą kopalnię, jeżeli milicja, to każdy sam zdecyduje, czy da się spałować. Wszystko jednak wskazuje na to, że te deklaracje – jeśli faktycznie padły – nie mogły już zmienić scenariusza napisanego przez sztabowców milicyjno-wojskowych.
O godzinie 9.30 z dyrekcji przekazano górnikom polecenie, aby teren kopalni opuściły wszystkie kobiety, a pół godziny później siły pacyfikacyjne zaczęły zajmować wyznaczone pozycje. Zgodnie z planem taktycznym odcięto całkowicie kopalnię od miasta. Punktualnie o godzinie 11. rozpoczęto akcję „oczyszczenia przedpola”, czyli rozpędzenia tłumu zgromadzonego przed bramą główną za pomocą armatek wodnych. Chwilę później kpt. Fedunkow zameldował o wyłączeniu prądu, a wobec ludzi wciąż jeszcze przebywających w pobliżu kopalni oraz górników za murem użyto wyrzutni gazu.
Dowódca operacji płk Wilczyński zajął pozycję na skwerku przy ul. Gallusa u zbiegu z ul. W. Pola, na wprost bramy wjazdowej. Tuż obok wołgi Wilczyńskiego stał samochód płk Pytki.
Działania w rejonie bramy kolejowej rozpoczęły się od wykonania wyłomu w murze, przez który wjechały trzy czołgi oraz kilka Bojowych Wozów Piechoty. W ślad za nimi postępowali funkcjonariusze 1 kompani operacyjnej BCP wspomagani przez kompanie tzw. oficerskie z KW MO i ROMO. Kierując się drogą w stronę budynku warsztatu mechanicznego, wystrzeliwano ogromne ilości środków chemiczne. Niesprzyjający wiatr spowodował, że gaz zadziałał przeciwko milicjantom, a dodatkowo jeden z czołgów najechał na barykadę i zawisł na niej. Wykorzystując zamieszanie w szeregach milicji, górnicy przystąpili do kontrataku. Siły milicyjne zostały zmuszone do odwrotu, w trakcie którego trzech funkcjonariuszy wpadło w ręce górników.
Działania na odcinku głównym – od ul. Wincentego Pola – rozpoczęły się od staranowania przez czołg muru na wysokości magazynu budowlanego. W związku z powolnym forsowaniem terenu kopalni, o godz. 11.40 płk Gruba decyduje się „wydać twarde rozkazy do ataku”. Pierwsze wejście ZOMO na teren kopalni nastąpiło około godz. 12.05. Wkraczając przez wyłom na teren kopalni siły milicyjne kierowały się drogą w stronę kotłowni. To właśnie na tej drodze i na placu przed frontonem kotłowni rozegrały się w ciągu następnych kilkudziesięciu minut najbardziej dramatyczne wydarzenia. Strajkujący górnicy cofali się przed atakami wozów pancernych i postępujących za nimi milicjantów, a następnie posuwali się naprzód, w momencie gdy siły pacyfikacyjne wycofywały się. Milicjanci wchodzący w skład kompanii operacyjnych wkraczających na teren kopalni wyposażeni byli w kaski z przyłbicami, okulary ochronne, maski przeciwgazowe i długie pałki (75 cm). Jedna trzecia z nich posiadała plastikowe tarcze. Każdy funkcjonariusz posiadał ponadto paczkę ręcznych granatów łzawiących. Na każdą drużynę przypadała jedna wyrzutnia gazów. Stojący naprzeciwko zomowców górnicy uzbrojeni byli w długie piki, łańcuchy, siekiery lub zwykłe style. Starcia polegały jednak przede wszystkim na wzajemnym obrzucaniu się petardami z gazem, cegłami, nakrętkami lub elementami palenisk. Z budynku kotłowni górnicy zrzucali na atakujących zomowców różne ciężkie przedmioty, zmuszając ich wielokrotnie do wycofania się. Jak wynika z ustaleń śledztwa prowadzonego w 1992 r. przez prokuratora Jacka Ancutę, właściwie nie doszło do walki wręcz. Obie grupy trzymały się na odległość około 20-30 metrów. Zmniejszała się ona do kilku metrów w chwilach ataków. Brak jest dowodów, że kiedykolwiek oddziały sił pacyfikacyjnych zostały otoczone przez górników. Przez cały czas miały one możliwość wycofania się. Leonard Stankiewicz – fotoamator i postronny świadek, obserwował ten moment z okna bloku naprzeciw kopalni. Pamięta, że było słychać krzyki i odgłosy strzałów: Po pewnym czasie zomowcy zaczęli powracać przez wyłom na zewnątrz kopalni. Najpierw pojawili się ci najbardziej pokiereszowani, bez kasków, pał i tarcz. Pogubili cały ekwipunek. Widać było, że mocno musieli oberwać, że górnicy się bronili. Musieli być wściekli. Ewidentnie uciekali. Sfotografowany po akcji zdemolowany ekwipunek funkcjonariuszy w istocie robi wrażenie. Był to jednak w równym stopniu efekt działalności górników co oddziaływania na plastikowe tarcze i kaski kilkunastostopniowego mrozu.
Po nieudanych próbach zepchnięcia górników w głąb kopalni i zmuszenia ich do poddania się, płk Wilczyński zdecydował o wykonaniu drugiego wyłomu. Tym razem przez metalowy płot za budynkiem wagi. Do tej chwili siły ZOMO, atakując kopalnię nie posiadały broni palnej. Krótko przed godziną 12.30 na teren kopalni weszli jednak funkcjonariusze plutonu specjalnego. Od reszty sił milicyjno-wojskowych wyróżniali się wyglądem. Na mundury polowe nałożone mieli ciemne kamizelki. Kaski w kolorze zółtozielonym nie miały przyłbic. Nie mieli tarcz, ale w parcianych kaburach widoczne były pistolety maszynowe Pm 63. Cały pluton specjalny dysponował również sprzętem specjalistycznym nożycami do cięcia metalu, lin, łomami i siekierami. Brali oni już udział w początkowej fazie działań wraz z pozostałymi formacjami ZOMO, ale zostali wycofani poza teren kopalni. Tym razem mieli wejść jako osłona czołgu, dokonującego drugiego wyłomu. Pomimo to, weszli na teren kopalni przez płot i zajęli stanowiska: jedno w świetle bramy głównej, za żeliwnymi wózkami, i drugie na podeście przed magazynem odzieżowym. O 12.31 płk Kazimierz Wilczyński zwraca się do kierujących akcją o zezwolenie na użycie broni. Według zapisu w Dzienniku Sztabowym prowadzonym przez kpt. A. Górskiego, odpowiedź płka Jerzego Gruby brzmiała: „Nie czekaj na rozkaz” albo „Nie, czekaj na rozkaz”. Upływ czasu nie pozwala jednoznacznie stwierdzić, czy przecinek w cytowanym zdaniu był od samego początku, czy też pojawił się później. Faktem pozostaje natomiast, że minutę później (12.32) agent SB z terenu kopalni meldował o wynoszeniu rannych górników. Po kolejnych 5 minutach (12.37) płk Wilczyński zwraca się (drogą radiową) do ppłk Okrutnego: „Wskazanym by było, żebyś tu przyjechał – jest gorąco”, a po następnych pięciu minutach (12.42) – „albo użyjemy broni, albo musimy się wycofać”. Według szyfrogramu z 17 grudnia, opisującego przebieg zdarzeń, właśnie w tej chwili płk Gruba polecił wycofać się milicjantom na pozycje wyjściowe i czekać na nowe decyzje, a o 12.55 poinformował płka Wilczyńskiego, że nie ma zgody na użycie broni. Dlaczego zatem o godz. 13.02 płk Wilczyński wydaje rozkaz: „przerwać ogień – wydać polecenie wszystkim dowódcom” i ponawia go po 8 minutach (13.10) mówiąc: „Pododdziały nie strzelać”? Pracująca wtedy w punkcie sanitarnym na terenie kopalni pielęgniarka Jęśko twierdzi, że ludzi z ranami postrzałowymi przynoszono przez mniej więcej 40 minut, a przestano ok. godz. 13. Specjalna Komisja Sejmowa badająca w 1991 r. okoliczności śmierci górników ustaliła, że strzelano krótkimi seriami, w odstępach czasu w wybrane cele. Strzały były oddawane w chwilach, gdy zomowcy byli oddaleni od górników o około 20 metrów i nie stwarzali żadnego zagrożenia dla któregokolwiek funkcjonariusza.
Od ran postrzałowych śmierć ponieśli na miejscu:
– Ryszard Gzik – lat 35, żonaty, osierocił córkę w wieku 11 lat, pracował na kopalni od 1978 r.; śmierć poniósł od rany postrzałowej głowy;
– Bogusław Kopczak – lat 28, żonaty, ojciec dwuletniej córki, pracujący na kopalni od marca 1981 r.; śmierć poniósł od postrzału w brzuch;
– Zenon Zając – 22 lata, kawaler, pochodził z Wielkopolski, zatrudniony na kopalni od stycznia 1978 r., postrzał w klatkę piersiową;
– Krzysztof Giza – 24 lata, kawaler, pochodził z Zamojszczyzny, na kopalni pracował od kwietnia 1978 r., postrzał w tętnicę szyjną i krtań;
– Zbigniew Wilk – 28 lat, żonaty, syn w wieku 3 i córka 5 lat; trzykrotny postrzał w plecy;
– Józef Czekalski – lat 48, żonaty, 1 dziecko – 19 lat, pracujący na kopalni od września 1953 r.; mieszkał w bloku przy kopalni.
Po przewiezieniu do szpitala zmarli:
– Andrzej Pełka – lat 19, zmarł w szpitalu w nocy z 16 na 17 grudnia 1981 r.; postrzał w głowę;
– Joachim Gnida – lat 28, żonaty, zmarł 2 stycznia 1982 r. nie odzyskawszy przytomności, osierocił dwuletnią córkę, postrzał w głowę;
– Stawisiński – lat 22, kawaler, pochodził z Koszalina, zmarł 24 stycznia 1982 w szpitalu w Katowicach-Ochojcu, nie odzyskawszy przytomności, postrzał w głowę.
Na terenie kopalni, po użyciu przez milicję broni, nastała grobowa cisza. Jak zwyczajnie po wielkiej tragedii – wspomina Adam Skwira. O godz. 13.30 płk Piotr Gębka wszedł ponownie na teren kopalni z zamiarem prowadzenia mediacji z górnikami. Rozmowa toczyła się w pomieszczeniach straży przemysłowej. Płk Gębka zapewniał, że w przypadku natychmiastowego zakończenia strajku opuszczającym teren kopalni górnikom zagwarantowane zostanie bezpieczeństwo. Górnicy z kolei uwolnili trzech pojmanych wcześniej funkcjonariuszy i oddali zabraną im broń. Przed wyjściem z kopalni płka Gębkę zaprowadzono do Stacji Ratownictwa Górniczego, gdzie okazano mu ciała zamordowanych górników. Około 16.30 przedstawiciele załogi udali się do gabinetu dyrektora kopalni i w obecności wojskowych przedstawili swoje żądania: opuszczenie terenu kopalni przez wojsko i ZOMO, wdrożenia śledztwa w sprawie o użycie broni przeciwko górnikom i podania do publicznej wiadomości, że w wyniku akcji są zabici i ranni oraz nazwiska dowódcy operacji. Nie uzyskali żadnych gwarancji ani obietnic. Dyrektor zobowiązał się jednak do postawienia zakładowych autobusów, by nie dopuścić do bicia górników poza terenem kopalni. Wróciwszy do załogi Adam Skwira, jako jeden z członków delegacji oświadczył, że trzeba wykazać rozsądek i zakończyć protest. W ciągu następnych kilku godzin górnicy opuścili kopalnię.
W wyniku działań sił milicyjno-wojskowych rannych zostało 47 górników. 43 z nich hospitalizowano w czterech szpitalach na terenie Katowic. Z informacji opracowanej 19 grudnia 1981 r. w KW MO wynika, że najczęstszą przyczyną były rany postrzałowe: 24 górników zostało postrzelonych w bardzo charakterystyczny na ogół sposób – „postrzał w jamę brzuszną”, „postrzał w klatkę piersiową”, „rana postrzałowa czaszki”. Byli to:
Bernard Białas, Marian Giernasiński, Piotr Babrakowski, Władysław Kościelniak, Roman Czernik, Tadeusz Piecyk, Bogdan Dolny, Mirosław Bronisz, Stanisław Płatek, Zygmunt Szkota, Zbigniew Wójcik, Wiesław Łobień, Józef Zmuda, Jan Futyma, Józef Mikusz, Władysław Wójcik, Henryk Pikos, Stanisław Nadolny, Jerzy Gut, Zbigniew Szafraniec, Henryk Kwol.
U 14 górników stwierdzono zatrucie gazem lub chemiczne uszkodzenie wzroku. Ponadto stłuczenia, złamania kończyn, uraz twarzo-czaszki. Po stronie milicji rany odniosło 41 funkcjonariuszy, z których 10 zostało hospitalizowanych.
Do dziś brak odpowiedzi na kluczowe pytanie: kto dał rozkaz użycia broni wobec górników? Płk Gruba w swym słynnym szyfrogramie z 17 grudnia rano zaznacza, że w krytycznym momencie dwukrotnie – o godz. 12.37 i 12.55 – zabraniał płk. Wilczyńskiemu użycia broni. Zarazem w następnych zdaniach gładko przechodzi do stwierdzenia, że o 13.50 otrzymał meldunek o sześciu zabitych górnikach. Zadowala się stwierdzeniem, że funkcjonariusze użyli broni w trakcie odwrotu w celu obrony własnego życia, atakowani przez strajkujących. Dowódca plutonu specjalnego sierż. Romuald Cieślak w czasie śledztwa w 1992 r. wyjaśniał, że w trakcie działań na terenie kopalni doszło do rozproszenia jego oddziału. W pewnym momencie doszedł do wniosku, że górnicy zaatakują milicjantów i oddał jeden (!) strzał ostrzegawczy ponad głowami górników. Pozostali funkcjonariusze plutonu zgodnie oświadczyli w raportach pisanych 19 grudnia, że oddawali strzały w powietrze „ze względu na bezpośrednio zagrażające im niebezpieczeństwo”. W sumie takich „strzałów w powietrze”

– jeśli wierzyć tym raportom – oddano 156.

Górnicy zgrupowani po kolejnym ataku ZOMO-wców za budynkiem wagi ruszyli do kontrataku szybko przemieszczając się w stronę oddziałów milicji. Atak ten zaskoczył siły porządkowe, spowodował panikę w ich szeregach i funkcjonariusze zaczęli w popłochu uciekać. W tym czasie na niewielkim placu przed kotłownią o wymiarach 19,5 m na 39 m działały minimum trzy kompanie ZOMO oraz liczna grupa górników.
Podczas gdy funkcjonariusze ZOMO znajdujący się w okolicach wylotu drogi wewnątrzzakładowej mieli niewielkie trudności z wycofaniem się, ci funkcjonariusze, którzy znajdowali się w okolicach bramy wjazdowej przed magazynem odzieżowym usiłowali salwować się ucieczką poprzez wyłom wykonany obok bramy. Ewakuacja tą drogą była utrudniona, albowiem na tym odcinku leżało drzewo, które przewrócono w trakcie wykonywania wyłomu, gruz pochodzący z rozbitego muru oraz lutnie z barykady.
W tej sytuacji kiedy zachodziła obawa, że nie wszyscy funkcjonariusze zdołają bezpiecznie opuścić plac przed kotłownią, operujący w tym rejonie funkcjonariusze plutonu specjalnego oceniając indywidualnie sytuację jako uzasadniającą użycie broni palnej oddali strzały ostrzegawcze.

Fragment z uzasadnienia wyroku Sądu Wojewódzkiego
w Katowicach z dnia 21 listopada 1997 r.

 

Brak też jednoznacznej odpowiedzi na bardziej fundamentalne pytanie: kto i kiedy podjął decyzję o włączeniu plutonu specjalnego do działań na kopalni „Wujek”? Nie było o tym mowy na żadnej z wspomnianych wczesniej narad poświęconych działaniom sił milicyjno-wojskowych przeciwko górnikom z „Wujka”. Płk Jerzy Gruba w wypowiedziach dla prasy na początku lat 90-tych stanowczo i konsekwentnie zaprzeczał, jakoby to on wydał taki rozkaz. Pluton „zgodnie z moim poleceniem miał siedzieć w koszarach”. Potwierdził jednak, że żadnych konsekwencji w stosunku do podwładnych za niesubordynację nie wyciągał, bo „badaniem sprawy zajęła się prokuratura”. Według ustaleń Sądu Wojewódzkiego w Katowicach w trakcie pierwszego procesu (zakończonego w 1997 r.) decyzja o skierowaniu plutonu specjalnego do akcji odblokowania kopalni „Wujek” zapadła w środę rano i podjął ją właśnie płk Gruba. Przekazał ją następnie płk. Okrutnemu z poleceniem użycia go jako osłony czołgu na głównym kierunku uderzenia.
Dramatyczny finał strajku na kopalni „Wujek” nie ograniczał się jedynie do terenu kopalni. Dla wojskowych i milicjantów wrogami byli także lekarze i pielęgniarki udzielający pomocy górnikom po brutalnej interwencji i wiozących ich do katowickich szpitali. Dwa dni po pacyfikacji troje lekarzy Górniczego Centrum Rehabilitacji w Tarnowskich Górach – Ignacy Pietruszka, Maria Poleszczuk, Józef Kowalczyk – wystosowało pod adresem gen. Wojciecha Jaruzelskiego protest, w którym czytamy: Jesteśmy głęboko oburzeni traktowaniem naszych kolegów lekarzy, pielęgniarek, sanitariuszy spełniających swoje obowiązki po brutalnej interwencji oddziałów ZOMO i WP na kopalni „Wujek” w Katowicach oraz w innych miejscach, gdzie w/w oddziały prowadziły akcję. Bicie osób udzielających pomocy, lżenie ich ordynarnymi słowami, wyciąganie rannych z karetek, zrywanie im opatrunków tamujących krwotoki, wyrywanie drenażu z jamy opłucnowej u rannych z uszkodzeniem płuc jest aktem bestialstwa i podeptaniem ludzkiej godności. W informacji wyjaśniającej okoliczności opisanych zdarzeń prokurator płk Kazimierz Tomczak z Naczelnej Prokuratury Wojskowej potwierdził, iż w toku śledztwa w sprawie użycia broni na kopalni „Wujek” ujawniono przypadki „niewłaściwego zachowania się funkcjonariuszy ZOMO”. Nie były to jednak – jego zdaniem – akty bestialstwa. Funkcjonariusze podejrzewali, iż za pomocą karetki pogotowia organizatorzy strajku próbowali uniknąć zatrzymania. Płk Gruba dopiero o 15.25 wydał polecenie, aby w czasie zatrzymywania i sprawdzania karetek nie szykanować ich obsługi.

Proces przywódców strajku
17 grudnia 1981 r. rozpoczęto przesłuchania świadków, mające doprowadzić do ustalenia przebiegu strajku na kopalni i wskazania jego przywódców. Prowadzili je m.in.: płk. Waldemar Wilk, prokurator Naczelnej Prokuratury Wojskowej w Warszawie oraz Andrzej Wolski i mł. chorąży J. Kucybała z KW MO Katowice.
W dniu 23 grudnia 1981 r. postanowieniem ppłk. Witolda Konarzewskiego, zastępcy prokuratora Prokuratury Garnizonowej w Gliwicach, wszczęto śledztwo „w sprawie organizowania i kierowania strajkiem górników członków załogi KWK »Wujek« w dniach 13–16.12.1981 r.”
Już 13 stycznia 1982 r. wiceprokurator Wojskowej Prokuratury Garnizonowej w Zielonej Górze mjr Sławomir Kleczkowski, po zapoznaniu się z zebranymi materiałami śledztwa uznał je za wystarczające do wniesienia aktu oskarżenia i nie uznał za konieczne uzupełnienia materiału dowodowego, w związku z czym wydał postanowienie o zamknięciu śledztwa. Tego też dnia Kleczkowski sformułował akt oskarżenia, którym objął Jana Haśnika, Adama Skwirę, Mariana Głucha, Jerzego Wartaka, Jana Wielgusa, Stanisława Płatka, Stanisława Saternusa, Zdzisława Kubata i Alinę Muchę.
23 stycznia sąd Śląskiego Okręgu Wojskowego we Wrocławiu, przyjął akt oskarżenia w sprawie Jana Haśnika, Adama Skwiry, Mariana Głucha, Jerzego Wartaka, Jana Wielgusa, Stanisława Płatka i Stanisława Saternusa, oskarżonych o kontynuowanie działalności związkowej i kierowanie strajkiem (czyny karane na podstawie dekretu o stanie wojennym), Aliny Muchy, której do tych zarzutów dodano jeszcze rozpowszechnianie fałszywych wiadomości oraz Zdzisława Kubata, obwinionego kierowanie strajkiem.
Rozprawa odbyła się 3 lutego 1982 r. przed sąd Śląskiego Okręgu Wojskowego we Wrocławiu na sesji w Katowicach przed sądem w składzie: kpt. Antoni Kapłon (przewodniczący), mjr Maciej Harlender i kpt. Janusz Lipka. Przebieg rozprawy protokołował kpr. podchorąży Marian Załupski, oskarżali prokuratorzy: por. Janusz Brol i mjr Sławomir Kleczkowski. Prokurator zażądał: dla Płatka – 15 lat pozbawienia wolności, dla Głucha i Wartaka – 13 lat pozbawienia wolności, dla Haśnika, Saternusa i Skwiry – 12 lat pozbawienia wolności, dla Kubata i Muchy – 7 lat, pozbawienia wszystkich oskarżonych praw publicznych i obciążenia ich grzywnami. Oskarżeni, oprócz Płatka, który poprosił o najniższy wymiar kary, wnosili o uniewinnienie. Sąd skazał: Płatka na 4 lata więzienia i 3 lata pozbawienia praw publicznych, Wartaka na 3 lata więzienia i 3 lata pozbawienia praw publicznych, Skwirę i Głucha na 3 lata więzienia i 2 lata pozbawienia praw publicznych. Postępowanie przeciwko Wielgusowi umorzył, ze względu na brak właściwości, Haśnika, Saternusa, Kubata i Muchę uniewinnił i z mocą natychmiastową postanowił zwolnić ich z aresztu tymczasowego. Rozprawę zakończono 9 lutego 1982 r. o godz. 19.30.
Wyrok nie był prawomocny. Strony – zarówno skazani jak i Naczelny Prokurator Wojskowy wnieśli o rewizje. Prokurator w piśmie z 1 czerwca 1982 r. wnosił o podwyższenie kar: dla Płatka – 10 lat, dla pozostałych skazanych – po 4 lata., uznając wymierzone im kary za rażąco łagodne.
Ostatecznie prokurator wycofał rewizję, ze względu na stabilizację sytuacji politycznej w kraju i „pozytywne wyniki gospodarcze resortu górnictwa”.
5 maja 1983 r. Rada Państwa postanowiła skorzystać z prawa łaski w stosunku do Skwiry, Głucha, Wartaka i Płatka warunkowo zwalniając ich z dalszego odbywania kary, wyznaczając im jednocześnie trzyletni okres próbny. 8 sierpnia 1983 r. sąd ŚOW postanowił na mocy amnestii darować karę Skwirze i Głuchowi, a Wartakowi i Płatkowi obniżyć ją o połowę. Okres próbny skrócono wówczas do 31 grudnia 1985 r.
Czterech skazanych górników ostatecznie uniewinniono, a wyroki jakimi zostali obciążeni uchylono dopiero wyrokiem Izby Wojskowej Sądu Najwyższego z 18 XII 1992 r.

 

Za;http://13grudnia81.pl/portal/sw/1443/9485/Obchody_30_rocznicy_wprowadzenia_stanu_wojennego__Instytut_Pamieci_Narodowej_zap.html

 

Dodaj komentarz